Oshweken

Rozdział powieści Aleksandra Rybczyńskiego – “Niewidzialna strona”

 

Kilka dni po zakupie F-150 Maria zaproponowała:

— Jedźmy do Six Nations. Chcę zobaczyć, jak żyją tamtejsi Indianie.

Michał, choć zmęczony pracą w Instytucie, zgodził się — truck dawał im wolność, której potrzebowali.

Rano, wyposażeni w drogową mapę, którą dostali w Ontario Travel Information w pobliżu Eaton Centre, wyruszyli w stronę Brantford. Maria chciała przygotować coś na drogę, ale Michał zaprotestował: — Kupimy kawę i donuty w Coffee Time, a może uda nam się zjeść w rezerwacie obiad. Powinien tam być jakiś bar, albo restauracja.

Pojechali na zachód przez Mississauga, Waterdown, Dundas i Flamborough. Przejeżdżając przez Dundas, zatrzymali się przy jednym z licznych sklepów z antykami, położonym tuż przy drodze. Weszli do środka, do całkowicie zagraconego pomieszczenia. Antique Market miał wszystko: pejzaże, obrazy rodzajowe — niektóre dobrej klasy artystycznej, choć większość bliższa kiczowi — reklamy z lat pięćdziesiątych, grającą szafę, a nawet stół bilardowy. Większość stanowiły jednak meble, niektóre z antycznymi, lekko przydymionymi kryształowymi lustrami. Maria zatrzymała się przy jednym z nich, wpatrując się uważnie w odbicie swojej postaci i przestrzeni sklepu.

— Jakie piękne jest to zwierciadło — powiedziała, ale po chwili odsunęła się, dodając: — Nie kupuj nigdy starych luster, kryją się w nich duchy przeszłości, spojrzenia tych, którzy odeszli.

Ruszyli dalej i po blisko godzinie, mijając stacje benzynowe na obrzeżach rezerwatu, gdzie paliwo dla posiadaczy kart First Nation było tańsze o połowę, dotarli do Oshweken — serca rezerwatu Six Nations. Wzdłuż zakurzonej drogi prowadzącej przez osadę stały „smoke shacks” – budki z tytoniem sprzedawanym bez ceł, oznaczone fantazyjnymi światłami i szyldami z napisem „Smokes”. Były to w większości nieformalne, prowizoryczne stoiska, urządzone w starych szopach, garażach lub małych barakach, gdzie handel odbywał się często „po znajomości” i bez zbędnych formalności. Oshweken zajmowało duży obszar z rozrzuconymi swobodnie tradycyjnymi, ubogimi na ogół domami, często zbudowanymi z prefabrykowanych elementów. Przed budynkami kręciły się duże, wolno biegające psy. Stały też samochody wielkich przestrzeni, podobne do tego, którym przyjechali Wojkowscy. Fordy F-150, Dodge Ramy i Chevrolety.

— Widzisz — zażartował Michał — mamy podobne auto, to tak, jakbyś miała męża Indianina! Czy można sobie wymarzyć coś piękniejszego?

Dojechali do centrum osady, z kilkoma małymi sklepami i warsztatami. Zatrzymali się na dużym placu, gdzie stało kilka niedbale zaparkowanych pick-upów i samochodów. Skierowali się do budynku wyglądającego jak wielka świetlica lub miejsce narad – Ohsweken Community Hall.  Kiedy weszli, zauważyli, że budynek spełnia także rolę restauracji.

W dużej sali, starannie wykończonej w sosnowym drewnie, rozlokowano dość swobodnie okrągłe stoły, przy których siedzieli Indianie w różnym wieku, pochyleni nad kawą i talerzami z daniami obiadowym. Na ścianach wisiały obrazki ze scenami z życia plemienia, fotografie z meczów hokejowych i portrety miejscowych hokeistów grających w NHL. Nikt z lokalnych gości, widząc nietypowych przybyszów, nawet nie odwrócił głowy. Gdy zajęli miejsce przy stole, podeszła kobieta z obsługi i uprzejmie, choć z rezerwą, przyjęła zamówienie. Poprosili o rybę z frytkami i dwie kawy.  W kącie restauracji siedział starszy Indianin, który, jak zauważyli, był traktowany przez kelnerkę ze szczególną atencją — stale dolewała mu kawy, by filiżanka pozostawała pełna. Miał majestatyczne gesty, co zaintrygowało Marię. Szepnęła:

— Jestem pewna, że należy do Rady Starszych…

Michał zebrał się na odwagę, wstał nagle od stolika, wziął swój kubek i podszedł do Indianina.

— Czy możemy porozmawiać? — zapytał.

Indianin uniósł wzrok i bez słowa przysunął mu krzesło, gestem zapraszając też Marię. Rozmowa się nie kleiła. Jak się okazało, dosiedli się do wodza Six Nations. Michał od razu stracił animusz. Jego banalne opowieści o fascynacji kulturą First Nation nie robiły na wodzu wrażenia. Przyglądał się im z dumnym uśmiechem, zdawkowo tylko odpowiadając. Dopiero gdy wspomnieli, że przyjechali z Polski i opowiedzieli, że ich ojczyzna przez sto pięćdziesiąt lat była pod zaborami, że jej mieszkańcy żyli pod okupacją i musieli walczyć o wolność, wódz zmienił ton. To go poruszyło.

— Za podbój Ameryki odpowiedzialni byli głównie Anglosasi i Francuzi. Rdzenni mieszkańcy pamiętają o tym do dzisiaj — stwierdził.

Wódz zamilkł na chwilę, patrząc gdzieś w dal. W jego oczach błysnęło coś, jakby walczył z decyzją, czy powiedzieć coś więcej.

— Wasza historia… to nasza historia — odezwał się w końcu cicho. — Wasi zaborcy narzucali wam swoje prawa, swoich urzędników. My też to znamy.

Spojrzał na nich uważnie, jakby oceniał, czy zrozumieli.

— W 1924 roku przyszli do nas ludzie z Ottawy. Uznali, że nasza Rada Dziedzicznych Wodzów jest… przestarzała. Że potrzebujemy “wyborów”. — Uśmiechnął się gorzko. — Pierwsza elekcja? Dwadzieścia sześć osób głosowało wielokrotnie. Wielu z tych, którzy “wygrali”, pracowało dla rządu.

Maria wstrzymała oddech.

— I ci ludzie… reprezentują was?

— Oni reprezentują Ottawę — odparł wódz spokojnie. — Wybrani wodzowie są odpowiedzialni przed rządem federalnym, nie przed nami. To ich system. Dzieli nas. Ci, którzy chcą pieniędzy na programy, idą do wybranych. Ci, którzy pamiętają traktaty, przychodzą do nas.

Spojrzał na Michała.

— Wasza Polska była pod trzema zaborami. My jesteśmy pod jednym, ale… przebiegłym. Dają nam wybory, więc świat myśli, że mamy demokrację. Ale kto kontroluje, kto może startować? Kto rozdaje pieniądze?

Zawiesił głos, niepewny, czy jego opowieść została uważnie wysłuchana.

Michał i Maria siedzieli w milczeniu, przytłoczeni tym, co usłyszeli. Wódz patrzył na nich ze smutkiem, zapewne zmęczony walką, która trwała już ponad sześćdziesiąt lat.

— Nasza Haudenosaunee Confederacy Chiefs Council, Rada Dziedzicznych Wodzów, nigdy nie przestała istnieć — dodał po chwili.

— Strzeżemy tego, co ważne. Traktaty. Ziemię. Tradycję. Rząd może nie uznawać naszej władzy, ale wśród swoich to my mamy autorytet Jego twarz złagodniała.

— Zapraszam was na Pow Wow, który odbędzie się za dwa tygodnie. — To spotkanie Indian z sąsiednich plemion, a czasem nawet z całej Ameryki Północnej. Przyjeżdżają najlepsi tancerze. Wszyscy z całą społecznością uczestniczą w rytualnym tańcu. Zobaczycie też nasze dzieci. Mają taniec we krwi. One są naszą nadzieją — może kiedyś dzięki nim odrodzi się nasza siła. Ale musimy je do tego przygotować. Usłyszycie nasze pieśni i bębny — powiedział wódz.

— Jaka jest tradycja Pow Wow, czy to przypominanie młodym o ich korzeniach? — zapytała Maria.

— Pieśni opowiadają historie naszych przodków. Bębny to bicie serca Ziemi, łączące nas z duchami i rytmem natury. Taniec to modlitwa o siłę i harmonię, by przetrwać w tym świecie, który o nas zapomniał. Zamilkł na moment.

— Dopóki tańczymy, walka trwa.

Na tym urwał. Jego wzrok sposępniał, a spojrzenie się oddaliło. Zdawał się dostrzegać odległe przestrzenie pamięci i wolności.

Dopili kawę, pożegnali się z wodzem, zapewniając, że wezmą udział w Pow Wow, i wyszli. Idąc w stronę samochodu, z dala od świetlicy zauważyli duży namiot. Dochodziły z niego głębokie, rytmiczne dźwięki. Zajrzeli przez luźno zwisające płachty wejścia. Dwóch młodych Indian w szortach i luźnych koszulach z podwiniętymi rękawami uderzało dłońmi w tradycyjny bęben, zmieniając rytm, siłę i tempo. Twarze lśniły im od potu, a głęboki, uporczywy dźwięk rozchodził się dookoła. Maria przypomniała sobie słowa wodza. Duchy przeszłości nadal nawiedzały siedzibę Six Nations.

 

Aleksander Rybczyński

 

O autorze:

Aleksander Rybczyński jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą.

Fot. Hanka Kościelska

 

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Click to access the login or register cheese
Don`t copy text!