Przejście graniczne

Rozdział powieści Aleksandra Rybczyńskiego – “Niewidzialna strona”

Michał poleciał linią SAS z Kopenhagi do Wiednia, gdzie przesiadł się na jugosłowiański JAT. Po półtorej godzinie lotu samolot zaczął schodzić do lądowania w Sofii. Pilot wyciszył silniki i maszyna schodziła powoli, w ciszy, jakby była szybowcem. Przymknął oczy i przygotowywał się psychicznie do przejścia przez kontrolę graniczną. Miał przy sobie mały plecak i skórzaną torbę, którą nadał na bagaż. Lotnisko w Sofii wyglądało nowocześnie jak na standardy bloku wschodniego, ale szary betonowy budynek i skromna hala kontrastowały z lśniącą Kopenhagą. Michał zszedł po trapie, dziękując żegnającej go i uśmiechniętej stewardessie, nie wiedząc, co czeka go dalej. W hali przylotów dość długo czekał na swoją torbę, złapał ją energicznie i ruszył w stronę kontroli paszportowej i celnej.
Kiedy doszedł do urzędnik w mundurze, ten bez słowa powitania, zażądał tylko:
— Paszport, proszę.
Michał wyjął swój duński dokument tożsamości i podał celnikowi o twarzy sfinksa.
— Wojkowski, Michał Gabriel — wycedził surowy przedstawiciel służby granicznej. — To nie jest duńskie nazwisko?
Milczał, ale sfinks szybko dodał:
— Urodzony w Polsce. Nie podróżuje pan z polskim paszportem?
— Jestem obywatelem Danii, mieszkam w Kopenhadze od kilkunastu lat — odparł, czując, że pytanie zapowiada kłopoty.
— No dobrze, proszę zaczekać — powiedział mundurowy, zabrał paszport i zniknął z nim za drzwiami oznaczonymi niezrozumiałym napisem w cyrylicy.
Wrócił po dziesięciu minutach, które trwały jak wieczność.
— Czy jest pan synem Jana Wojkowskiego? — zapytał.
— Tak, to mój ojciec — odpowiedział, z trudem odrywając język od zaschniętego podniebienia.
— Jest poszukiwany przez Interpol, wie pan o tym? — Oficer spojrzał mu badawczo w oczy.
— Pierwsze słyszę, to pewnie jakaś pomyłka. Ojciec jest szanowanym naukowcem — odparł, udając obojętność.
— Kim jest, to się jeszcze okaże — usłyszał groźne burkniecie w odpowiedzi.
— Od lat nie mam z nim kontaktu. — zripostował Michał, wiedząc, że mówi właściwie prawdę.
Nie wiedział, jak skończy się ta słowna przepychanka.
Ale oficer zawahał się chwilę, po czym położył dokument przed Michałem.
— Miłego pobytu w Bułgarii! To Jan Wojkowski jest poszukiwany, nie pan. Ale będziemy pana… obserwować — uśmiechnął się na pożegnanie.
Ten uśmiech zmroził Michała. Zabrał szybko paszport, torbę i poszedł w stronę wyjścia.
Szybko zostawił za sobą sofijskie lotnisko. Wziął podmiejski autobus do centrum — rozklekotany Czawdar, pełen ludzi, którzy nie ukrywali zainteresowania nietypowym pasażerem. Wysiadł w pobliżu Centralnego Dworca Kolejowego, gdzie mieściły się perony autobusowe dla połączeń nadmorskich.
Był głodny i postanowił zjeść w restauracji. Znalazł lokal przy samym dworcu — coś pośredniego między kantyną a mehaną: z drewnianymi stołami, plastikowymi krzesłami, z reprodukcjami ludowego haftu na ścianach. Menu składało się z dwunastu pozycji, wypisanych po bułgarsku. Usiadł, czekając, aż podejdzie do niego kelner, mężczyzna w średnim wieku z serwetką przewieszoną przez ramię.
Michał znał trochę rosyjski — w polskiej szkole jego nauka była obowiązkowa. Wystarczyło to, żeby zamówić obiad polecany tego dnia. Kelner skinął głową i po kilkunastu minutach przyniósł dania zaskakująco dobre: sałatkę — czerwone pomidory, ogórki i biały ser, skropione oliwą oraz kebapche, grillowane roladki mięsne, których nigdy wcześniej nie jadł. Zamówił do tego piwo Zagorka, chłodne i orzeźwiające.
Przy sąsiednim stoliku dwóch mężczyzn rozmawiało przyciszonymi głosami, zerknęli na niego i wrócili do swoich spraw. Michał poczuł, że może odetchnąć — nikt nie zwracał na niego uwagi. Sofia 1982 roku nie była miastem, które rozmawiało z obcymi. Zapłacił lewami, przezornie wymienionymi w banku w Kopenhadze. Wiedział, że korzystniej jest zrobić to na czarnym rynku na miejscu, w Bułgarii, ale to było nielegalne i nie chciał niepotrzebnie ryzykować.
Zostawił resztę na stole i wyszedł na bulwar Kniagini Marii Luizy — szeroką arterię prowadzącą wprost do Dworca Centralnego, między blokami z szarego betonu i sklepami z zasłoniętymi witrynami. Zdecydował zmienić plan. Miał jeszcze autobus późnym popołudniem, ale nie mógł szukać, po siedmiogodzinnej podróży, w nocy, znajomego Borysa, by odebrać klucz od domku, który miał być jego kwaterą w Nessebarze. Musiał przenocować w Sofii. Znalazł hotel po drugiej stronie ulicy, może sto metrów od peronów autobusowych. Był to kilkupiętrowy prostopadłościan z lat sześćdziesiątych, bez szyldu, jedynie z tabliczką przy wejściu z napisem w cyrylicy. Foyer cuchnęło papierosami i środkiem do podłóg. Recepcjonista o aparycji agenta bezpieki zażądał paszportu, przyjrzał mu się dłużej niż wymagała procedura, po czym wypisał formularz i podał klucz do pokoju, żądając zapłaty z góry. Michał wszedł po schodach na drugie piętro, wziął prysznic i zmęczony rzucił się od razu na łóżko. W nocy obudziło go pukanie do drzwi. Chwilę nasłuchiwał, mając nadzieję, że mu się wydawało, ale pukanie powtórzyło się, jakby natarczywiej. Dopiero po dłuższej chwili, na korytarzu usłyszał oddalające się kroki. Nie wiedział, czy ktoś pomylił pokój, czy może był już poszukiwany. Wymeldował się o świcie, w pospiechu, by zdążyć na pierwszy autobus nad Morze Czarne. Kupił bilet, a na straganie przed dworcem parę kanapek i butelkę soku jabłkowego na długą drogę.

Aleksander Rybczyński

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Click to access the login or register cheese
Don`t copy text!