Rozdział powieści Aleksandra Rybczyńskiego – “Niewidzialna strona”
W domu Michał schował portret i przejęty usiadł z wszystkimi przy stole do obiadu. Martina dalej rozmawiała z Alicją, jakby połączyła je nić porozumienia zdarzającego się czasem między ludźmi o podobnych charakterach i bliskiej emocjonalności.
— Koniecznie musicie pojechać do Pragi. Tutaj, nad Lužnicą, czas płynie powoli jak ta leniwa rzeka. Nawet koło młyńskie zastygło w bezruchu. Zobaczylibyście, jak zmienia się historię. Może potem przeniesiecie bakcyla wolności do Polski — zaskoczyła ich — Mogę dać wam klucz do mojego mieszkania na Lublaňskiej.
— Ależ nie możemy sprawiać takiego kłopotu — krygowała się Alicja, chociaż chłopiec od razu się rozpromienił na taką propozycję.
— Nie przejmuj się. Jesteśmy przecież rodziną. Wykorzystajcie okazję, może się nie powtórzyć. Jak będziecie mieli szczęście, możecie nawet usłyszeć Karela Kryla. Przyjechał niedawno do Pragi, a jego przyjaciel mieszka piętro niżej, w tej samej kamienicy.
— A kto to jest Karel Kryl? — zapytał Michał.
— To poeta, autor pięknych piosenek. Gra na gitarze i zyskuje coraz większe uznanie.
Alicji nie trzeba było długo przekonywać i już we wtorek rano siedziała razem z synem w pociągu do Pragi. Było 20 sierpnia.
Jechali w prawie pustym wagonie — wakacje się kończyły, ale nikt jeszcze nie wracał do miasta. Za oknem migały pola, lasy i małe stacje, na których nikt nie wysiadał. Michał patrzył, jak krajobraz gęstnieje, aż w końcu pojawiły się dachy Pragi.
Wysiedli na Hlavním nádraží. Powietrze drżało od upału i gwaru tętniącego życiem miasta. Ulice były pełne zwykłego ruchu: tramwaje dzwoniły przed zakrętami, samochody mijały się na skrzyżowaniach, na rogach stały głośno rozmawiające grupki, z otwartych okien kawiarni dochodziły śmiechy i brzęk filiżanek. Praga wydawała się przyjazna — ciepła, wakacyjnie niedbała, z lekkim pośpiechem końca wakacji. Michał cieszył się, że są już na miejscu.
Kilka minut później, po krótkim spacerze wzdłuż Wilsonovej, zajęli miejsca w tramwaju linii 22. Po kilku przystankach znaleźli się przy Náměstí Míru, a stamtąd już pieszo dotarli na Lublaňską. Ulica była spokojną, niezbyt szeroka i ciągnęła się łagodnie w górę. Kamienica Martiny stała niedaleko skrzyżowania. Miała secesyjną fasadę pokrytą delikatnymi ornamentami winorośli. Mieszkanie mieściło się na trzecim piętrze i składało z dwóch pokojów o wysokim suficie. Były w nim stare kaflowe piece i duży balkon wychodzący na podwórze oraz fragment ulicy. Z okien widać było dachy sąsiednich budynków i w oddali zielone wzgórza na północy miasta. Lokum było urządzone skromnie, ale na ścianach Martina rozwiesiła swoje obrazy. Były rozlokowane gęsto, jeden koło drugiego, przypominając wnętrze pracowni albo ekscentrycznej galerii. Płótna, większość z nich oprawiona, przedstawiały na ogół postaci o nieco wydłużonych proporcjach i ekspresyjnych kolorach. Portrety, malowane niemal realistycznie wtopione były w abstrakcyjne tła o nietypowej strukturze, świadczącej o surrealistycznej wyobraźni, charakterystycznej dla czeskiej sztuki. Gdzieniegdzie, obrazy, pewnie z braku miejsca, były oparte o ściany, tworząc nietypowe, klimatyczne wnętrze.
— Nie widzę sztalug — Michał mimo wszystko był rozczarowany.
— Martina ma jeszcze pracownię na Smichovie, powiedziała mi o tym w rozmowie — Alicja roześmiała się, sama pod wrażeniem wyjątkowości miejsca.
Zmęczeni podróżą najpierw zjedli obiad przygotowany przez Libuszę na drogę i odpoczęli tylko chwilę, podekscytowani oczekującą na nich Pragą. Potem wyszli na spacer — w dół Lublaňską, Legarovou, przez tętniący życiem i rozmowami Czechów park przy Muzeum Narodowym, aż na Václavské náměstí. Plac Wacława był zatłoczony, lecz w energii miasta czuło się nie tylko zwykły sierpniowy dzień, ale także entuzjazm ludzi, których godność nareszcie została uwolniona. Wędrowali dalej wąskimi uliczkami Starego Miasta, mijając Rynek z astronomicznym zegarem Orloj, aż dotarli do brzegu Wełtawy. Przeszli przez Most Karola z kamiennymi rzeźbami świętych prowadzący na Małą Stranę. Wspięli się stromymi uliczkami, mijając gospody, pełne ludzi, żywo dyskutujących przy piwie. Zdyszani podejściem, doszli pod katedrę Świętego Wita. W środku było chłodno, a gotyckie sklepienia prowadziły myśli wysoko. Alicja poprowadziła syna w stronę bocznej nawy, gdzie w półmroku lśniła Kaplica świętego Wacława. Jej ściany zdobiły tysiące szlachetnych kamieni, migotających w świetle świec, a nad ołtarzem stał gotycki posąg patrona Czech.
— Chodź, synku — szepnęła Alicja, klękając — Pomódlmy się do świętego Wacława. Pomoc wyższych sił jest nam teraz bardzo potrzebna. Michał uklęknął obok matki. Jego modlitwa unikała słów, ale żarliwie pragnęła połączenia rodziny rozdzielonej bezwzględną polityczną barierą. Wyszli, kiedy słońce już chyliło się ku zachodowi. Wrócili na Lublaňską i zadowoleni z intensywnie spędzonego dnia, położyli się wcześnie.
Aleksander Rybczyński


Leave a comment