Kattegat

Rozdział powieści Aleksandra Rybczyńskiego – “Niewidzialna strona”

Wypłynęli o świcie, z pomyślnym południowo-wschodnim wiatrem o sile 3 stopni Beauforta. Alicja nalegała, by wyłączyć silnik zaraz po minięciu świateł nawigacyjnych wejścia do Helsingør Havn. Uważała, że prawdziwym żeglarzom nie przystoi pływanie na silniku. Michał energicznie stawiał foka, a Jan podniósł grot. Alicja stała przy sterze, powstrzymując łzy. Zawsze marzyła o dalekich rejsach, ale ten, w nieznane, przypominał zesłanie – ucieczkę przed nie do końca zidentyfikowanym niebezpieczeństwem. Jan był przekonany, że odmawiając współpracy, stał się niewygodnym świadkiem i potencjalnym demaskatorem. Czy białe żagle Paula Elvstrøma, tak pięknie pracujące na lekkim wietrze, poniosą ich do spokojnej zatoki, gdzie rzucą kotwicę i zbudują bezpieczny dom? Odganiała te niepokojące myśli, słysząc, jak Michał na dziobie śpiewa „Pod żaglami Zawiszy, życie płynie jak w bajce”. Widząc, że mama patrzy, zawołał ze śmiechem:
— Jedna ręka dla okrętu, jedna dla mnie! — przypominając, jak uczyła go zasady, by trzymać się jachtu i nie wypaść za burtę.
Po wyjściu z Øresund, po kilkunastu godzinach żeglugi, minęli latarnię Anholt, zmieniając kilka razy hals, bo wiatr zaczął kręcić i nabierać siły. Gdy wysokie fale zaczęły rozbijać się o kadłub „Horisonta”, założyli sztormiaki. Jan i Alicja mieli na głowach sudwestki, które pamiętały mazurskie rejsy z czasów ich młodości. Michał wzruszył się, widząc rodziców wyglądających jak postaci z rodzinnych fotografii, gdy zakochany ojciec gnał motorem mazurskimi szosami, szukając wędrownego obozu żeglarskiego, gdzie mama była instruktorką. „Pewnie zostałem poczęty na jachcie” – uśmiechnął się do siebie, myśląc, że kiedyś o to zapyta.
Nadeszła noc. Michał stał przy szturwale, walcząc z silnym wiatrem i objawami choroby morskiej. Doświadczał jej od pierwszych godzin rejsu i sterując zaczął dodatkowo odczuwać senne odrętwienie.
„Tej strony żeglarstwa nie można pokochać” – powiedział do siebie. Nagle po prawej burcie dostrzegł światła łodzi motorowej. Jej sylwetka była ledwo widoczna, nikogo nie było na pokładzie. Zbliżała się niepokojąco szybko. Michał chciał zawołać ojca, ale światła pozycyjne nagle zgasły. Słyszał tylko potężniejący ryk silnika. Wtem stalowoszara, nieoznakowana jednostka przemknęła tuż obok burty „Horisonta”, niemal ocierając się o kadłub. Była tak szybka, że błyskawicznie zniknęła w mroku, dopiero z oddali znów zapaliły się jej światła.
Łódź wywołała wysoką falę, która uderzyła w burtę i przetoczyła się przez pokład. Michał stracił równowagę. Lina, z zawiązanym węzłem ratunkowym, którą miał owiniętą wokół pasa, ześlizgnęła się i chłopak desperacko próbując złapać wystające części takielunku i pokładu, osunął się w otchłań prawie czarnego żywiołu.
Poczuł szarpnięcie i błysk rozpaczy, zdając sobie sprawę, że jest zupełnie bezradny, porwany przez żywioł, wchłaniający go, jakby był jedną z kropli słonej wody, która wdzierała mu się do oczu, ust i uszu. W każdą szczelinę ciała, które w tym momencie przestawało być jego. Przez głowę przemykały mu gwałtowne obrazy z całego życia, jakby to ułamki pozostałych sekund miały być jedynym świadectwem istnienia. Ten chaos i pośpiech świadomości nagle i niespodziewanie się uspokoił, poczuł spokój i dziwną harmonię. Bałtyk, tak gwałtowny, pełen zawirowań, mrocznych tajemnic i zagrożeń ucichł, nie bacząc, że nad powierzchnią szaleje wiatr, a fale przetaczają się jedna za drugą. Czas zwolnił. Widział wszystko z osobliwą wyrazistością, pomimo otaczającej go ciemności nocy i morskiego żywiołu — srebrne bąbelki powietrza uciekające ku powierzchni, kołyszące się wodorosty, zimny blask odległych gwiazd. Nie czuł zimna. Myśli stały się proste i klarowne, jakby oderwane od ciała walczącego z żywiołem. Zobaczył twarz matki, potem ojca. Potem nic — tylko ciemność i narastający bezwład.
Nagle obok siebie dostrzegł sylwetkę mężczyzny, jego głowę, twarz, z której emanował spokój i poczucie bezpieczeństwa. Ktoś podał mu dłoń i potężna siła szarpnęła go w górę, wynosząc ponad spienione fale. Stracił przytomność. Ocknął się gwałtownie, uderzając o ławkę przy sterze „Horisonta”.
„Co się stało?” – Michał był cały mokry, przeszywały go dreszcze. Wiedział, że ktoś przed chwilą uratował mu życie. Był przerażony i oszołomiony tym, co się wydarzyło. Przygoda była tak nieprawdopodobna, że siedział w mokrym sztormiaku i swetrze zdezorientowany. Musiał chyba zasnąć, mieć halucynacje ze zmęczenia i wyczerpania od walki z morską chorobą. Ale przecież nieoznakowana motorówka naprawdę przemknęła koło jachtu. Czyżby byli śledzeni? Skupił się na racjonalnej stronie zdarzenia. Mechanicznie siedział przy sterze, nie budził rodziców, trzymając kurs i starając się wchodzić w fale, jak uczył go ojciec. „Miałem zwidy” — pomyślał, ale ciężkie od słonego morza ubranie, wiszące na nim, jak kotwica, zaprzeczało temu wyraźnie. Cały czas czuł też uścisk dłoni, wydostającej go z otchłani. Michał zablokował szturwał, zszedł pod pokład i zmienił mokre ciuchy. Zdecydował się niczego na razie nie mówić rodzicom.
Przed końcem wachty Jan wyszedł na pokład, w ręku trzymając sekstant. Był to instrument otrzymany od poprzedniego właściciela jachtu. Knud Larsen był z niego wyjątkowo dumny — twierdził, że sekstant, sygnowany przez kopenhaską firmę Iver C. Weilbach & Co., został wykonany na przełomie wieków i należał niegdyś do uczestnika wyprawy Knuda Rasmussena na Grenlandię. Mosiężny korpus, mimo upływu dziesięcioleci, wciąż trzymał precyzję pomiaru — zadbane instrumenty tego typu, pozbawione elektroniki, mogły służyć bez utraty dokładności całe pokolenia.
— Pokażę ci, jak upewnić się, że idziemy właściwym kursem. Znajdź mi Gwiazdę Polarną — zwrócił się do Michała.
Ten z trudem koncentrował się na słowach ojca, cały czas rozedrgany wydarzeniami nocnej wachty. Skupił się jednak na nawigacji i wychodząc od Wielkiej Niedźwiedzicy, wskazał jasno świecącą gwiazdę.
— To jest nasz kierunek. Kierunek odkrywców i odważnych ludzi — bez uśmiechu powtórzył słowa z krótkiego rejsu na pokładzie promu do Rödby, kiedy nocą patrzył w rozgwieżdżone niebo.
Jan nie zwrócił uwagi na zdenerwowanie syna. Kiwnął tylko głową, mierząc kąt sekstantem w świetle latarki, a potem porównał dane z mapą morską.
— Dobrze, synu, trzymamy kurs na 340 stopni. Anholt za nami, teraz prosto na Göteborg.
Michał przytaknął, zagryzając wargi. Postanowił zachować tajemnicę. „Karolinka” dzielnie walczyła z falami, a wiatr grał na wantach jak na instrumentach.
Drugi dzień rejsu przyniósł pogorszenie pogody. W Kattegacie wiatr wzmógł się do 6 stopni w skali Beauforta, a fale urosły do 2–3 metrów, rozbijając się o dziób „Horisontu”. Jan zredukował żagle, zwijając bezan i refując grot, by zmniejszyć przechyły.
— Trzymaj kurs na 340 stopni! — krzyknął, sprawdzając kompas w świetle latarki.
Drewniana mesa skrzypiała, a mokry pokład lśnił w blasku księżyca. Alicja nasłuchiwała prognozy na radiu UKF, co chwila zaglądając na dek, by upewnić się, że jej mężczyźni są bezpieczni. Michał, walcząc z falami, stał mocno przy sterze, dla bezpieczeństwa przywiązany do szturwału liną.
„To już nie jest chłopiec” – pomyślała z sentymentem, ale i ulgą, spokojniejsza, że jest już dorosły i będzie mógł radzić sobie sam podczas ich nieobecności. Jeszcze nie tak dawno śpiewała mu kołysanki „zaśnij synku zaśnij, a będziesz żeglarzem”.
— Przetrwamy, mamusiu — krzyknął przez wicher, widząc jej twarz w strugach wody. Trzymał mocno ster, starając się, by „Horisont” delikatnie kluczył, pokonując fale.
Po godzinie szkwał ustał, wiatr osłabł do 4 stopni Beauforta. Niebo rozjaśniło się, odsłaniając gwiazdy.
Trzeciego dnia, o świcie, „Horisont” wpłynął w archipelag Göteborga. Kapitan, z mapą morską na kolanach, prowadził jacht między skalistymi wyspami, mijając boje i latarnie. Marina Långedrag powitała ich spokojem – poranne słońce padało na drewniane pomosty, a w tle majaczyły czerwone dachy szwedzkich domów. Michał wyskoczył na keję, wiążąc linę cumowniczą węzłem refowym, i zawołał:
— To nasz nowy Elsynor, mamo, tym razem bez duchów!
Uśmiechnęła się, klarując na pokładzie liny i składając żagle. Jej mąż sprawdził cumy i jeszcze raz obejrzał się przez ramię, zanim zszedł na nabrzeże. W klubie żeglarskim, przy piwie Pripps Blå, starszy Szwed w wełnianej czapce spojrzał na „Horisont”.
— Piękny kecz — powiedział po angielsku.
Jan kiwnął głową z uśmiechem, ściskając rękę Alicji, jakby chciał powiedzieć: „Jesteśmy bezpieczni. Na razie.”

 

Aleksander Rybczyński

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Click to access the login or register cheese
Don`t copy text!