Rozdział powieści Aleksandra Rybczyńskiego – “Niewidzialna strona”
Długo nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok. Nie pomagało nawet ułożenie się w ulubionej pozycji z przedramieniem pod głową. Myślała o zbliżającej się podróży, której plan był jak ze snu, marzenia nocnego, mającego ją wyprowadzić z zastygłej sadzawki na szerokie wody. Bała się pułapek i przenikliwych spojrzeń, odczytujących myśli. Wstała i zbliżyła się do drzwi wejściowych, prowadzących prosto na pustą ulicę. Nawet nie zdziwił jej prószący, zwiewny śnieg, drobinki lodu, świadczące o silnym mrozie, jakby stan wojenny dopiero co został ogłoszony. Wiedziała, że jest lato, ale przecież czas miał się zatrzymać, tak jak miały zostać powstrzymane wszystkie plany, nadzieje i marzenia. Miała wrażenie niekończącej się wędrówki, prowadzącej donikąd, albo do miejsc, z których nie ma powrotu. Czas rzeczywiście się zatrzymał, a widoczny w oddali, grzejący się przy ogniu patrol był jak martwy oddział, strzegący wejścia do Hadesu. Nagle podszedł do niej mężczyzna w kusym garniturze i nie odwracając głowy powiedział: „chodź za mną”. Jego słowa, powielone w pogłosie języków wieży Babel, rozchodziły się po rynku średniowiecznego miasta i ginęły w geometrycznej siatce amerykańskich molochów. Miejsca były obce i niezrozumiałe, z pięknem i brzydotą, walczącymi o palmę pierwszeństwa. Szli, zmieniającymi się ulicami, nie przypominającymi żadnych znajomych miast, ani chwil, zapamiętanych z całego, dotychczasowego życia. Z wysadzanych platanami, szerokich promenad, przechodziła nagle w wąskie, błotniste uliczki, ledwo oświetlone przez płonące w małych oknach świece. Miała wrażenie, że przechodzi przez epoki, wymazane z kart pamięci, usunięte z kronik i wypalone z bibliotek historii świata. Romańskie kopuły w mgnieniu oka przechodziły w gotyckie łuki, i strzeliste wieże, a ascetyczny umiar skierowany z pokorą w niebo, wybuchał nagle barokowymi stiukami i śmiechem rozbrykanych cherubinów i putti. Ten melanż artystycznego kunsztu kończył się na monotonnych arteriach socrealistycznych alei, strzeżonych przez pomniki traktorzystów i przodowników pracy. Zanim całkowicie zagubiła się w tej kakofonii stylów, labiryncie idei i dystopii, stanęli przed bramą z czarnego bazaltu. Wrota otworzyły się i została poprowadzona szerokimi wygodnymi schodami, prowadzącymi wzdłuż ścian, obwieszonych portretami postaci o zniekształconych rysach twarzy, w strojach koronacyjnych, do sali obrad na piętrze. Słychać w niej było niepokojący pogłos wyładowań elektrycznych. Przypominało to dźwięk kwarcówki, albo pomruk maszyny do elektrowstrząsów. Na centralnym miejscu stał okrągły stół, a po przeciwnych jego stronach dwa wysokie krzesła z czerwoną tapicerką, na których siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, gruby, o pociągłej, końskiej twarzy, miał worki pod oczami i rozpromienione, mętne oczy, zaklinające pustkę. Drugi był tęgawym gościem z wąsami i wizerunkiem Matki Boskiej w klapie marynarki. Był skupiony, śmiało i bezrefleksyjnie, na postaci adwersarza. Zawołała do mężczyzny ze znaczkiem w klapie, ale jej sygnały pozostały bez odpowiedzi. Dwaj osobnicy byli pogrążeni w hipnotycznym transie, jakby nie było między nimi żadnego porozumienia, tylko jednostronna fascynacja i uległość. Przerwał ją ten o twarzy konia.
— Nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy — powiedział tonem wodza, wykopującego wojenny topór.
Poczuła lęk i niepokój, nagłą potrzebę ucieczki, wyjścia z pomieszczenia i zaczerpnięcia oddechu. Zaczęła biec, szybko, jakby zaraz miała unieść się do lotu. Wypadła z budynku, nie zatrzymując się ani na chwilę. Przystanęła dopiero przed rozległą łąką, usianą makami i stokrotkami. Chaos, przez który musiała się wcześniej przedrzeć zniknął, ucichł nagle. Na środku łąki zobaczyła małego chłopca. Miał zielone oczy, jasne loki i patrzył na nią ze smutnym uśmiechem. Poczuła, jak po jej policzku spływa łza. Przyspieszyła kroku i ruszyła w stronę chłopca, wyciągając dłoń.
Aleksander Rybczyński


Leave a comment